Adam Hloušek: Największa konkurencja dla mnie siedzi w mojej głowie

Autor wpisu: 17 marca 2017 09:50

Adam Hloušek specjalnie dla Futbolfejs.pl. O tym, czemu dla Legii finisz sezonu nie będzie wcale trudniejszy niż poprzedni, tłumaczy, z czym zmaga się Tomaš Necid, wspomina swoją grę na stoperze i wyjaśnia, czemu nie potrzebuje konkurenta, by dobrze grać: – To ja sam jestem najlepszym konkurentem dla siebie. Jest też o futbolówce zamiast… grzechotki i czeskim raju, w którym rodzą się… piłkarze Legii.

FUTBOLFEJS.PL: Jak samopoczucie?
ADAM HLOUŠEK: Wygraliśmy ostatnie dwa mecze, zdobyliśmy sześć punktów, więc mogę powiedzieć, że podobnie jak cały zespół czuję się dobrze. I dla nas nieźle się to ułożyło, że akurat w takim momencie czekają nas te kluczowe spotkania z Lechią i chwilę potem z Lechem.

Jasne – dla zespołu to dobrze. Ale mi bardziej chodziło o ciebie. Jak się czujesz fizycznie, psychicznie…
Teraz bardzo dobrze. I to nie są puste słowa – naprawdę tak jest. Muszę przyznać, że mieliśmy cięższy moment. Te dwa mecze z Ajaksem, po których nie awansowaliśmy do następnej rundy Ligi Europy plus doszły niespecjalnie udane spotkania w ekstraklasie, w których straciliśmy punkty. Tak, to było trudne, nie ma co ukrywać.

No właśnie, wyglądaliście trochę gorzej jako cała drużyna, ale także i ty nie byłeś tym Adamem sprzed roku. Dało się słyszeć, że może ci brakuje rywalizacji na lewej obronie. Konkurenta, który trochę podniósłby ci ciśnienie.
Oj, na pewno nie jestem tego typu człowiekiem, piłkarzem, bym potrzebował dodatkowego bodźca do pracy. Powiem tak: to ja sam jestem najlepszym konkurentem dla siebie. Dużo od siebie wymagam i nigdy się nie uspokajam, że już wszystko zrobiłem, co miałem do zrobienia. I że gram już tak dobrze, że mogę „wyluzować”. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że dla każdego piłkarza jest lepiej, gdy ma konkurencję, ale to nie znaczy, że jak tej konkurencji nie ma, to od razu się „odpuszcza”. Tak nie jest.

Jacek Magiera odpowiada Probierzowi: Nie ze mną te numery!

Ale przyznasz, że miałeś gorszy moment?
Zgoda. Jestem bardzo samokrytyczny w stosunku do siebie i wiem, że kilka meczów w moim wykonaniu nie było w porządku. Grałem źle, sam starałem się z tym walczyć, bo nie byłem zadowolony. Wiem, jak mogę i umiem grać i nie potrzebuję krytyki z boku, by zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak. Ale stwierdzenie, że to dlatego, iż nie mam konkurenta, jest zbyt wielkim uproszczeniem sytuacji. Ze mną tak nie jest, że potrzebowałbym dodatkowej konkurencji… pięciu lewych obrońców, by się zmobilizować do pracy. Jak powiedziałem – największa konkurencja dla mnie siedzi w mojej głowie. Chcę grać najlepiej, jak tylko mnie stać.

To w takim razie, czemu twoje występy były słabsze – co do tego się zgadzasz.
Na pewnie nie dlatego, że się opuściłem w treningach, czy mi się nie chciało. Jestem przyzwyczajony do pracy. Wiem, że w takich momentach muszę pracować wytrwale. Nie mogę gwałtownie zmieniać swoich treningów, muszę ćwiczyć z zespołem, ale i więcej indywidualnie. Przed treningiem i po treningu. I to robiłem. W takich sytuacjach trzeba być cierpliwym i wierzyć, że jeśli się swoją pracę wykonuje dobrze, to nawet jak się zagra słabiej jeden, dwa czy kilka meczów, ta dobra dyspozycja wróci. Popatrz, że takie słabsze momenty nie tylko dotykają mnie czy nasz zespół, także najlepsze drużyny, najlepszych piłkarzy na świecie. To się po prostu zdarza. Taki jest futbol. Nikt nie jest w stanie grać przez cały sezon na wysokich obrotach. Ale teraz jestem zadowolony, że faktycznie wróciło to, co lepsze z naszej i mojej strony.

Pewnie nie jest ci zbyt wygodnie odpowiadać na pytania o Tomaša Necida. Ale z drugiej strony kogo mam o niego spytać? Znaliście się ze wspólnej gry. Zresztą tak się złożyło, że on zapracował na miano „talentu roku” w 2008 roku w czeskim futbolu, a ty rok później. Na Łazienkowskiej ty miałeś o wiele lepsze wejście w zespół, Tomaš na razie dla wielu jest rozczarowaniem.
Rzeczywiście, trudno mi o tym mówić. Wiem na pewno, że można na niego liczyć, może na niego liczyć drużyna i że wierzy w niego nasz trener. Wiem też jak to jest z napastnikami. Musi mieć swoje szanse, a jak choćby jedną z nich wykorzysta, może się przełamać i wszystko zacznie wychodzić. Strzeli jednego, drugiego gola, może decydującego w meczu. Wiemy, jak nieprzewidywalny jest futbol. Tak, znam go bardzo dobrze, wiem, jak potrafi grać. Ale przyszedł do nowego klubu, gdzie musiał zmienić takich piłkarzy, jak Nikolić czy Prijović. To też był ciężar. Nie pokazał się od początku i po takich osiągnięciach jak miał Nikolić łatwo było powiedzieć komuś z zewnątrz, że to katastrofa. A ja myślę, że gdyby Tomaš przychodził tutaj tak jak Niko dwa lata temu, to dziś wszyscy byliby zgodni, że to jest napastnik jak najbardziej godny tego, by grać w Legii Warszawa.

Guilherme: Należy nam się szacunek.

Mówimy o słabszych dniach, ale generalnie pracą, postawą w Legii w ostatnich miesiącach zapracowałeś na powrót na orbitę reprezentacji. Na razie na listę rezerwową, czyli… czekasz na telefon.
(z szerokim uśmiechem) Nie, ja nie czekam. To… oni czekają. Czy ktoś wypadnie… Ale fakt, kadra została powołana trochę szersza i kilku piłkarzy, jak ja, na razie na zgrupowanie nie jedzie, ale ma być przygotowanymi, jakby była potrzeba uzupełnienia reprezentacji.

Mówisz, że to oni czekają, ale z drugiej strony trudno uwierzyć, że gdzieś ta reprezentacja ci w tyle głowy nie siedzi.
Hmm, nie wiem do końca, jak to powiedzieć. Oczywiście – gdybym wrócił do drużyny narodowej, zrobiłby wszystko, by grać w niej jak najlepiej i zostawić jak najlepsze wrażenie. Ale ja to już podkreślałem rok temu, gdy zbliżało się EURO 2016: w ogóle nie myślę o powołaniach do reprezentacji. Nie zaprząta mi to głowy. Nie kombinuję sobie, że gdy będę grał dobrze w Legii, to zasłużę na powołanie. Nie! Chcę po prostu grać dobrze w Legii, by robić ciągły postęp, by być zadowolonym z tego, co robię, i by zadowoleni byli nasi kibice, trener, zespół. Przed meczem z Wisłą powiedziałem sobie: „Dość! Musisz zagrać dobrze, żeby zespół miał z tego pożytek i by nie dawać powodów do dalszej krytyki”. A nie: musisz zagrać dobrze, bo szykują się powołania. To jest poza mną.
Podczas rozmowy z nami Hloušek jeszcze nie wiedział, że… powołanie przyjdzie bardzo szybko. W piątek po południu zawodnik Legii został dodatkowo powołany do reprezentacji Czech na mecz eliminacji mistrzostw świata z San Marino (26 marca) oraz towarzyskie spotkanie z Litwą (22 marca).

Już wspominaliśmy, że teraz czekają was kluczowe mecze. Rok temu byliście w tym momencie roku dominatorami w lidze, mimo dzielnej postawy Piasta. Piast punktowo wam zagrażał, ale dla wszystkich było jasne, że to Legia jest najmocniejsza. Teraz sytuacja jest inna. Są bardzo wysoko oceniane Lech, Lechia, także Jagiellonia.
Rzeczywiście – jak przypomnimy sobie tabelę z poprzedniego sezonu, możemy powiedzieć, że naszym rywalem był Piast, który grał bardzo dobrze. Ale według mnie to tylko część prawdy. Lechia też wtedy grała bardzo dobrze, straciliśmy z nią 5 punktów. Lech tak samo – to był dla nas bardzo wymagający rywal, w Poznaniu z nami wygrał. Oczywiście – Lech wtedy zgubił znacznie więcej punktów niż teraz, ale to wcale nie znaczy, że był mniej wymagającym rywalem. To błędne myślenie. Nasze wszystkie mecze były bardzo wyrównane. Dlatego się nie zgodzę, że walczyliśmy tylko z Piastem. Był Piast, teraz jest Jagiellonia, Lech i Lechia to byli twardzi, wymagający przeciwnicy, a jeszcze przecież jeszcze było Zagłębie, z którym też nam się bardzo trudno grało, i Cracovia.

Ciekawa obserwacja. Bo powszechnie się sądzi, że Lech i Lechia są teraz silniejsze. A poza tym lepiej jednak mieć przewagę w tabeli niż tracić do rywali. To daje komfort.
Oczywiście, patrząc na tabelę tak się może wydawać, ale ja mówię o jakości gry i o wymaganiach, jakie te drużyny nam stawiały w bezpośredniej walce. Wcale nie było łatwiej. A nawet zaryzykowałbym twierdzenie, że trudniej. Bo patrząc na tę tabelę wszyscy wywierali na nas większą presję. To ciśnienie, parcie na tytuł opinii publicznej było ogromne. Bo co to jest Piast… No, to Legia przecież będzie mistrzem na 100 procent! A myśmy o tego mistrza musieliśmy się bić do ostatniej kolejki, wyszarpać, a Piast do końca nas naciskał. I gdyby nie zwycięstwo nad Lechem, może tego mistrzostwa by nie było. Teraz ciśnienie walki o mistrzostwo rozkłada się na więcej zespołów, a jeśli chodzi o pojedyncze mecze – te konfrontacje, jakie nas czekają teraz z Lechią, Lechem, będą dla nas tak samo wymagające jak przed rokiem. A z drugiej strony oni teraz też poczują to ciśnienie. Bo sytuacja na dziś jest taka, że ich kibice dają im teraz większe szanse niż nam. Zobaczymy, jak sobie będą z tym ciśnieniem radzić.

Mówiliśmy o braku konkurenta na lewej stronie obrony, na środku obrony akurat wam piłkarzy nie brakuje. Ale w razie czego… W Stuttgarcie grałeś przecież na stoperze?
Zdarzyło się. Przyszedłem tam oczywiście jako lewy obrońca, ale w pewnym momencie doszło do sytuacji, gdy dwaj czy trzej środkowi obrońcy byli kontuzjowani. A ja akurat wypadłem z pierwszej jedenastki jako ten lewy defensor. I wtedy trener zaczął mnie próbować na środku obrony – najpierw w meczach towarzyskich czy na treningach. Jak zobaczył, że mi idzie, to zaczął mnie wystawiać tak i w meczach o punkty. To oczywiście zupełnie co innego. Powiem tak: (ze śmiechem) lewa strona lepsza! Nie miałem jakiś większych problemów z tym stoperem, ale… nie ma tym tylu szans, by przejść do ataku!

Mówimy o Adamie Hloušku jako znanym, dojrzałym już piłkarzu. A jaki był ten jeszcze „niedojrzały”? Według tego, co można o tobie przeczytać, urodziłeś się w niewielkiej miejscowości Turnov, niedaleko Liberca.
Faktycznie – takie mam wpisane miejsce urodzenia i to prawda. Ale tylko dlatego, że w Semily, gdzie mieszkała cała moja rodzina… nie było szpitala z porodówką.

Acha – to dlatego wychowywałeś się piłkarsko właśnie w Semily. Po prostu tam był twój dom. Skąd w ogóle futbol w twoim życiu?
A to się stało tak… automatycznie (na twarzy Adama pojawia się szeroki uśmiech).

?
Bo to było tak: mój tata, brat mojego taty, dziadek, brat mojej mamy – oni wszyscy grali w futbol! A potem wszyscy zajęli się trenerką. Więc to było z automatu. No kim miałem zostać, jak nie piłkarzem? Jak byłem mały, tata był trenerem właśnie w klubie Semily, więc ten futbol był każdego dnia obecny w naszym domu w sposób naturalny.

Czyli twoją pierwszą zabawką w wózeczku była nie grzechotka a piłka do „nogi”?
Jest to całkiem… możliwe! A pamiętam, że mama woziła mnie na spacery na mecze piłkarskie. Inaczej być nie mogło!

Twój tata był trenerem, to już wiemy, a mama czym się zajmowała?
Pracowała z dziećmi w szkole. I mój dzień był bardzo oczywisty – najpierw z mamą do szkoły, a potem z tatą na trening.

To twoje Semily na jakim poziomie grało?
Oczywiście to był klub z bardzo małego miasteczka, więc grał niespecjalnie wysoko. Trzecia liga się zdarzyła, głównie czwarta. Ale, mimo że furory nie robiliśmy, muszę powiedzieć, że Semily to było wyjątkowo futbolowe miasteczko.

Dziesięć tysięcy mieszkańców i wszyscy grają w futbol?
No właśnie. Jak przychodził dzień meczowy, to zaczynało się od rana. Najpierw najmłodsi, a dopiero pod wieczór mogli na boisko wyjść ci najstarsi. A na stadion, by oglądać mecze, przychodzili prawie wszyscy. Mieliśmy zespół seniorów A oczywiście, oprócz tego zespół seniorów B, cztery drużyny młodzieżowe plus trzy drużyny tych najmłodszych. A w każdej drużynie było wystarczająco dużo zawodników, by normalnie grać i trenować.

To dziewięć drużyn w 10-tysięcznej miejscowości! Hmm, a hokej? Nam czeska kultura sportowa kojarzy się głównie z hokejem!
A myśmy akurat hokeja nie mieli. Był niedaleko – 50 kilometrów od nas w Libercu, choć tam też jeszcze nie było w czasach mojego dzieciństwa jakiegoś wielkiego poziomu. Na hokej jak na warunki Semily potrzeba było zbyt dużych pieniędzy. Do hokeja potrzeba jest infrastruktura, wiadomo – utrzymanie lodowiska, sprzęt droższy niż do piłki.

No dobrze, czyli wyszło nam na to, że po prostu musiałeś zostać piłkarzem. Nie było innej szansy.
No – nie. Chyba, że zostałbym… tenisistą. Jak miałem może ze trzy latka, brałem do ręki rakietę tenisową – pamiętam, jeszcze wtedy taką drewnianą, i odbijałem piłkę. To była moja pierwsza dyscyplina sportu. A jak miałem tak z 4-5 lat zacząłem grać w futbol.

Taki… dzieciuch?
Przecież mówię, że moja rodzina to rodzina futbolowa. Od razu zacząłem grać z tymi starszymi, żeby jakieś wyzwanie było. Tenis, futbol, ale nie tylko. Ogólnie sport zawsze był numerem jeden w moim życiu. Jak miałem z 10 lat mój nauczyciel w-f śmiał się do mojego ojca: czy jest jakaś dyscyplina, której Adam nie potrafiłby uprawiać? Bo ja mogłem robić wszystko: biegać, grać we wszystkie gry zespołowe, uprawiać tenis… Przede wszystkim to, gdzie była jakaś piłka.

A na nartach skakałeś? Roman Koudelka to twój krajan!
O, i tu mnie masz. Skakać nie skakałem. Ale oczywiście – narty jak najbardziej, tak samo jak łyżwy. Sportowo po prostu wszystkiego spróbowałem jak byłem mały.

Z Semily, położonego w pięknym regionie zwanym Českym Rajem, przeniosłeś się już w dorosłym życiu do Pragi?
Nie. Wciąż moim miejscem na ziemi jest Semily, tam się trzymamy całą rodziną, nikt nie wyemigrował. Mam też tam wielu znajomych, przyjaciół z dzieciństwa – wiadomo, jak to jest w takiej małej społeczności. Choć w obecnych czasach coraz więcej osób wyjeżdża, za pracą, też za sportem – z powodów ekonomicznych. Dla mnie Praga jest tylko przystankiem. Na przykład teraz – z Warszawy mam do Pragi 4, 5 lotów dziennie. To po godzinie lotu mogę być w Pradze, a stamtąd mam 50 minut jazdy do domu. W sumie bliziutko. Gdybym chciał z Warszawy jechać samochodem do domu, to zeszłoby mi ponad 5 godzin – więc widać, co się bardziej opłaca. A Česky Raj – tak, to przepiękna okolica, fantastyczna. No i z bardzo bogatymi tradycjami sportowymi. Piłkarskimi, ale też skoków narciarskich na przykład. Dla mnie taki… raj na ziemi.

Rozmawiał Marcin Kalita

Inne artykuły o: Ekstraklasa | Legia Warszawa

Wszystkie teksty, zdjęcia, grafiki i inne dane znajdujące się w serwisie Futbolfejs.pl chronione są prawami autorskimi.

Użycie skopiowanych lub pobranych materiałów bez pisemnej zgody Autora jest zabronione.

Serwis przeznaczony dla odbiorców posługujących się językiem polskim, ale mieszkających w krajach, gdzie zakłady bukmacherskie są legalne.

Projekt i realizacja Konrad Siuda & Stukot Pikseli